Na mazowieckich dróżkach - Rozmaitości - Off-fear

Przejdź do treści

Menu główne:

Na mazowieckich dróżkach

Opublikowany przez w podróże ·

Grudzień upłynął pod znakiem napraw i łatania rozklekotanego samochodu. Rożnie to bywa z mechanikami i ich umiejętnościami – mam do nich ograniczone zaufanie i efekty wolę sprawdzić w terenie. Dwie kolejne próby sprawdzenia auta spaliły na panewce, a to komuś co się popsuło w samochodzie, a to w człowieku – grypa nie zimuje. Swoją drogą jak się udało mężowi Magdy zmielić mosty w drodze do pracy? Którędy on jeździ po tej Warszawie?


Propozycja przyszła znienacka i została natychmiast i bez wahania wykorzystana. Plan był prosty. Lubię proste plany. Spotykamy się 2 stycznia w Zielonce pod Warszawą i jedziemy na wschód. Mamy 3 dni i zobaczymy co się stanie. Z mojej perspektywy był taki prosty, ale jak później się okazało, ludzie włożyli sporo wysiłku w to, by owe 3 dni zagospodarować, uatrakcyjnić i na dodatek zorganizować noclegi.




Wycieczka zaczęła się od awarii. Normalna rzecz, się jakoś zakleiło i pojechało.




Po dróżkach i drożynkach dojechaliśmy do stajni. Tak, takiej w której mieszkają konie. Chętni mogli przejechać się na pięknym arabie, dzięki uprzejmości Kasi i Magdaleny.




Nocą dotarliśmy do agroturystyki, niezły czad, przesympatyczni starsi państwo uwielbiają off-roadowców i chętnie goszczą ich u siebie, rekomendując ciekawe miejsca do przygód terenowych. Gospodyni też jest trochę szalona, nie lubi jeździć wolno, a kiedyś, będąc nawet w zaawansowanej ciąży, poruszała się motocyklem. Małżonek niestety sprzedał choppera, a szkoda, piękne są.


Kolejny dzień zaczął się niewinnie ale okazał się mordęgą. 9 godzin jazdy z kilkuminutowymi przerwami. Jak dla mnie trochę za długo, po ciemku nic nie widziałam, a prędkości rozwijaliśmy nieoffroadowe. Póki było jasno było też ładnie, a gdy zaczęło szarzeć, urozmaicałam sobie drogę rezygnując z możliwości terenowych mojego samochodu, co pozwalało na drifting na błotnych i częściowo oblodzonych drogach. Potem zmęczyłam się tymi zabawami i po prostu jechałam, bo co, przecież w nocy w polu nie zostanę.




Trzeci dzień wycieczki przywitał mnie niespodzianką. Przed hotelikiem, w którym się zatrzymaliśmy, stały równo wszystkie pojazdy, no prawie wszystkie. Chłopaki przyszli i powiedzieli, że mają dwie wiadomoœci: dobrą i złą. Dobrą, że dzień jest piękny, złą, że stoję na kapciu. Któż ma zapas taki sam jak pozostałe ogumienie? Nie ja, mój jest dwa rozmiary większy. Rozszczelniła się opona z przodu. Jeśli już trzeba jeździć na czymś niewymiarowym, lepiej mieć to z tyłu niż z przodu. A więc trzeba było za duży zapas założyć na tył, a nieuszkodzone koło z tyłu przenieść na przód. Gdy decyzja została podjęta, chłopaki nie wytrzymali napięcia. Wręcz rzucili się do akcji. Potrzeba działania nie pozwoliła na chwilę zwłoki, a więc zaczęli podnosić samochód na dwóch hi-liftach jednocześnie, odkręcać wszystkie trzy koła. Nie miałam szans, musiałabym się z nimi bić aby móc coś zrobić. Więc robiłam zdjęcia. Fajne te off-roadowe chłopaki.




Uwaga, będzie refleksja o mężczyznach, a dokładnie o tym „Gdzie Ci mężczyźni...” Często, gęsto słyszę, czytam narzekania na współczesnych, zniewieściałych, nieporadnych i wydelikaconych mężczyzn. Drogie panie, jeśli jesteście w „trybie polowania”, tj. szukania drugiej połowy ale wolałybyście model bardziej odporny i zaradny – szukajcie w środowisku off-roadowym.


Z rana dołączył do nas jeszcze jeden samochód. Wzięli udział w zmianie koła, przejechali z nami kawałek drogi, a potem, przynajmniej z mojej perspektywy, znikli. Nawet nie pamiętam jak wyglądali.




Wspólny dzień skończył się o 16:00. Czas na rozjechanie się do domów. Niektórzy mieli przed sobą daleką drogę, np. aż do Rzeszowa. Na szczęście dzielna załoga Kasia i Jacek, usłyszawszy moją nieśmiałą propozycję podskoczyli z radości. Propozycja brzmiała: ja bym najchętniej do Warszawy wróciła terenem. Moja ulubiona nawigacja, Grażynka, ma wschodnie pochodzenie i wschodni temperament. O ile skorzysta się z ustawień domyślnych, wybiera drogi przez lasy, pola i miedze. Nie opracowywaliśmy więc jakiegoś szczególnego planu, pozwalając iść Grażynce za instynktem. Jak to nawigacja, Grażynka prowadziła nas drogami publicznymi, a przed maską skakały sarenki, był też dzik, który nie zszedł z drogi póki dobrze mi się nie przyjrzał.




Przykro było się rozstawać. W całej grupie od lat znam Krzysia, resztę osób widziałam pierwszy raz. Ekipa okazała się tak doborowa, że naprawdę smutno było mi się z nimi żegnać.
Zaskoczyło mnie też to, że w grupie były osoby deklarujące ledwie kilkumiesięczne doświadczenie off-roadowe, zdaje się, że nikt im też nie wyjaśniał zasad terenowego savoir-vivre, a mimo to, chyba spontanicznie, przestrzegali go niemal idealnie. Efekt? Brak zadrażnień i nerwów, komfort jazdy bez względu na miejsce w kolumnie.




Dla mniej doświadczonych, kilka zasad jazdy w kolumnie






Brak komentarzy

Copyright 2015. All rights reserved.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego